W Denpasar wypożyczyłem motocykl i przez cztery dni eksplorowałem wyspę.
Pierwszy dzień poświęciłem na dojazd do miejscowości Batur skąd kolejnego dni wyruszyłem na kolejny indonezyjski wulkanik – Mt. Batur (1717 m .n. p. m.) Budzik zadzwonił o 4:00, ale z łóżka zwlekłem się o 4:45. Przypomniały mi się czasy, jak chodziłem do pracy. Zawsze problem ze wstaniem. Kiedy doszedłem do parkingu, skąd wyrusza się na trekking „stado” przewodników już na mnie czekało z ofertą zaprowadzenia mnie na szczyt. Ja dziękuję, ale to jest dla mnie „wzgórze”, 2 godzinki spacerku i jestem na szczycie – nie potrzebuję przewodnika. Okazało się, że „Góra jest Święta” i ze względu „na szacunek” dla niej „muszę” wynająć przewodnika. Jeśli tego nie zrobię, ze względu „na szacunek do góry powinienem zawrócić do hotelu i iść spać!”. Dla mnie to jest oczywiste naciąganie turystów. Nie lubię takich sytuacji, a ponieważ byłem nie wyspany i w ogóle chyba wstałem lewą nogą, trochę mi nerwy puściły (zwykle do Azjatów mam trochę więcej cierpliwości), powiedziałem całej zgrai sępów-przewodników, co sądzę o ich nachalnie tłumnie grzecznej propozycji przewodnictwa podczas trekkingu na Świętą Górę, odwróciłem się na lewej pięcie, od której zacząłem poranek i poszedłem z powrotem w kierunku hotelu. Idąc w kierunku miasta w pewnym momencie po prosu skręciłem z drogi w kierunku góry i skacząc dobrą godzinę po zastygłej lawie i ostrych skałach wulkanicznych dotarłem w końcu na szlak w kierunku szczytu. Później jeszcze godzinka trochę stromego podejścia i już byłem na Mt. Batur. Bardzo łatwy i przyjemny trekking z pięknymi widokami na jezioro w dolinie o tej samej nazwie, jak miejscowość i wulkan.